2015-07-08 pepic

Pod znakiem Jastrzębia i Guźca – moja wizyta w Łasku 08.08.2015

Pod znakiem Jastrzębia i Guźca – moja wizyta w Łasku 08.08.2015
Pod znakiem Jastrzębia i Guźca – moja wizyta w Łasku 08.08.2015

Początek dnia nie napawał optymizmem. Nocna aura zaserwowała nam solidny front burzowy, a pobudka o świcie wiązała się z niepokojem o lotność. Jednak po walce z warszawskimi korkami i pokonaniu trasy w rytmie wycieraczek samochodowych, punktualnie o 9:00 zameldowałam się pod bramą bazy. Słońce ostatecznie wygrało z chmurami, a na miejscu czekała już rekordowa, 26-osobowa ekipa pasjonatów z SPFL. Atmosfera była gęsta od ekscytacji – każdy z nas zastanawiał się, ile z ambitnego planu lotów uda się dziś „ustrzelić”.

Naszym głównym stanowiskiem stała się łąka porośnięta dzikim szczawiem, rozciągająca się strategicznie między pasem startowym a drogą kołowania. Zasady były jasne: trzymać się bezpiecznej strefy i przygotować sprzęt, bo spektakl właśnie się zaczynał.

Symfonia dopalaczy

Zaczęło się od uderzenia, które czuje się całym ciałem. F-16 startowały jeden po drugim, tnąc powietrze hukiem dopalaczy. Szczególne wrażenie robiły „tygrysie” efy z Krzesin, które gościnnie stacjonowały w Łasku. Jednak prawdziwe emocje wzbudziły maszyny, na które wszyscy czekali z zapartym tchem – amerykańskie A-10 Thunderbolt II. Popularne „Guźce” pojawiły się na pasie niemal bezszelestnie. Ich ciche silniki stanowiły niesamowity kontrast dla ryczących Jastrzębi. Trzeba było zachować czujność, by nie przegapić momentu, w którym te potężne maszyny odrywały się od ziemi.

Intensywne południe

Około godziny 12:00 na lotnisku zapanował radosny chaos. Część maszyn lądowała, inne właśnie kołowały do startu. Wybór kadru był niemal niemożliwy, więc większość z nas biegała po 200-metrowym pasie zieleni, chcąc być jednocześnie przy pasie i przy drodze kołowania. W krótkich chwilach ciszy ratunkiem było błogie leżakowanie w wysokim szczawiu.

Przerwa obiadowa pod wieżą kontroli lotów miała w sobie coś z magii. Siedząc na schodach z puszką napoju w dłoni i patrząc na zgrupowane „stado” Jastrzębi, czułam, że żadne luksusowe wakacje nie mogą równać się z tym widokiem. To był czysty, lotniczy spokój przed kolejną dawką emocji.

Finał pod płotem

Oficjalna część wewnątrz bazy dobiegła końca po południu, ale my nie zamierzaliśmy odpuszczać. Przenieśliśmy się pod lotniskowy płot, by z nowej perspektywy – a konkretnie z platformy fotograficznej Liebherr 310 – łapać powroty efów. Dzień zakończyliśmy pogonią za startującymi Guźcami po drugiej stronie lotniska. Udało nam się „dopaść” ostatnie dwie sztuki, zanim niebo ostatecznie się zamknęło, a rzęsisty deszcz zmusił nas do odwrotu.
Enjoyed my work? You can support me by buying me a coffee!

,